Andrzejki - przygoda z piekła rodem
W Andrzejki miałem straszną przygodę. Takie historie zdarzają się tylko w filmach, albo w książkach, albo też w opowieściach grozy, na którym z kanałów reality tv. Ja sam Andrzej spieszyłem się do domu, bo żona czekała z obiadem, a potem mieliśmy wybrać się z grupą znajomych do naszej miejscowej restauracji. O Andrzejkach jednak nie było mowy, bo prawie nie straciłem życia. Na drodze jestem niezwykle uważny, ale tego dnia coś jednak poszło nie tak i zrobiłem potworny błąd. Już nie pamiętam, czy nie zadziałała sygnalizacja świetlna, czy nie było też sygnału dźwiękowego o nadjeżdżającym pociągu, czy też może szlabany się zepsuły i opadły tak nagle, że znalazłem się na torach odgrodzony z jednej i drugiej strony od wyjazdu poza torowisko. Kątem oka widziałem zbliżający się pociąg i ostatkiem sił ustawiłem samochód równolegle do szlabanu, przy samej barierze. Takie
Andrzejki zgotował mi mój patron, sam święty Andrzej. Wmanewrował mnie w tę sytuację, by mnie z niej wyciągnąć. Na samochodzie tylko mała rysa, pewnie od kamienia spod kół pociągu, a do kościoła zacząłem chodzić, a bna szyi noszę krzyż św. Andrzeja.